II Ogólnopolskie Igrzyska Lekarskie Zakopane '04 PDF Drukuj Email
sobota, 25 września 2004 10:17

Zakopane 13-15.09.2004

W trakcie II Ogólnopolskich Igrzysk Lekarskich w Zakopanem, które odbywały się od 13 do 15 września 2004 roku, organizatorzy zorganizowali nam "wspaniałą" trasę. Star w Szaflarach, potem ponad kilometrowy podjazd w kierunku Maruszyny, kilka ciekawych zakrętów z jednym krótkim podjazdem i trzy kilometry płaskiego. Następnie trzy i pół kilometrowy (3,5 km = 3 500 m) podjazd w kierunku Zębu (39x23 dla niektórych to było za mało) i siedem kilometrów ostrego zjazdu przez Bańską Wyżną i Niżną do końca pętli.

 

W sumie jedno okrążenie liczyło 23 kilometry. Mężczyźni z kategorii A i B pokonywali ten odcinek trzy, pozostali, dwa razy. Wyścig rozpoczął się od nerwowego zastanawiania się jak jechać ubranym. Niby nie było zbyt gorąco ale na trasie, w ferworze walki, wydzielone neuromediatory mogły wiele zmienić...

Już pierwszy podjazd, który miał być tylko rozgrzewką z przyczyny Daniela M. (oj da nam On niedługo popalić) podzielił grupę. z przodu pozostała siedmioosobowa grupka (w kolejności alfabetycznej imion): Adam Jagła (pk), Daniel Mazur, Darek Morawski, Krzysiek Matras, Marek Paściak, Michał Małysza, Robert Nanowski. Na płaskim odcinku solową akcją... ściągania spodni zabłysnął Marek.Po chwili zaczęła się pierwsza wspinaczka i poważne ściganie. Piszący te słowa postanowił pokazać, że pomimo ostatniego sezonu w kat A. potrafi zerwać młodszych od siebie :-) i mocniej nacisnął na pedały. Na szczycie utworzyła się wiec czteroosobowa grupka: Darek, Michał, Krzysiek i Robert, która razem współpracując powiększała swoją przewagę nad pozostałymi.

 

Jako uczestnik tej ucieczki musze powiedzieć, że panowała wśród nas przyjazna atmosfera i sporo radość dostarczyła nam wspólna jazda. Niestety wiedzieliśmy, że nie będzie tak do końca wyścigu... Na trzecim okrążeniu w połowie najcięższego podjazdu, w miejscu gdzie było najstromiej zaatakował Robert (39x16!!! kiedy inny mieli 39x23). Próba dogonienia go podzieliła ucieczkę. Pierwszy jechał Robert, potem Michał i Krzysiek, kolejno Darek.

 

Dzielnie na tej trudnej trasie walczyły nasze kobiety. Pierwsza była Kasia Klimala, druga Ania Kowalczyk-Martyna, trzecia Kasia Ragan. Trzeba przyznać, że kilku mężczyznom pokazały... jak się jeździ :-). Dokładne wyniki na stronie wyniki. Relacja z wyścigu z wysokości siodełka zajmowanego przez Marka P. na stronie MTB Lekarze

Krzysiek M.

II Ogólnopolskie Igrzyska Lekarskie

- wyścig widziany trochę inaczej, co nie znaczy gorzej

w dzisiejszych czasach trzeba mieć dużą wprawę w postrzeganiu upływającego czasu. Jeszcze nie wszyscy ochłonęli po wyścigu na szosach wokół Bychawy, a już trzeba było spoglądać w stronę Igrzysk w Zakopanem. Każdy - ja też - zadawał sobie pytanie, co też nowego przygotował nam po zeszłorocznym ściganiu na trasie spod Nosala na Wierch Poroniec ich organizator - Maciej Jachymiak. i niebawem przyszło nam przekonać się, że nie doznamy srogiego zawodu.

 

Jako przewidujący uczestnik tego wyścigu (tak mi się przynajmniej wydawało) - pod nieobecność niektórych kolegów, którzy w tym czasie ścigali się na World Medical Games w GaPa - postanowiłem wykorzystać wakacyjny pobyt w Zakopanem i przejechać tę trasę (niestety tylko samochodem), zapisując jej profil w moim zegarku sportowym ( a co? :-) ).

 

Jak się potem okazało, trasę przejechałem w odwrotnym kierunku. Pełen obaw o bezpieczeństwo na stromym zjeździe z Bańskiej Wyżnej do Kubaczówki (celowo piszę w odwrotnej kolejności niż jechaliśmy) wróciłem do domu. Gdyby rzeczywiście jechać w dół na tym wąskim odcinku, to śmiem twierdzić, że wszyscy byśmy pospadali z rowerów, a obawiam się, że nie zdążyłbym zrobić "telemarku a la Małysz" podczas lądowania :-). Olśnienie przyszło w momencie gdy Maciek opublikował oficjalną wersję tej trasy. No a wtedy to już na poważnie zacząłem się zastanawiać jak ja się na tę górę wczołgam :-).

 

Nadszedł dzień wyścigu. Wydzielająca się do krwiobiegu adrenalina potęgowała (nie)przyjemny chłodek, jaki zgotowała nam aura, ciało pokryło się gęsią skórką. Lekki stresik też działa mobilizująco J, prawda? Ostanie odliczanie i komendę do startu dał nie kto inny, jak Burmistrz Szaflar razem z  Maćkiem Jachymiakiem. z góry założyłem, że na górala, to się nie nadaję (no chyba, że do pieszego zdobywania Tatr) i - realnie oceniając swoje szanse i możliwości - sukcesem będzie, jak ukończę wyścig. i z tym założeniem wystartowałem. Początek łatwy- zjazd z góry. Ale już pierwszy podjazd rozerwał peleton. Pomyślałem sobie, że wyrównam tempo tak, aby móc podjechać trzy razy pod tę diabelską górę.

 

Skręcam ostro w prawo. Wyważonym tempem jadę w górę. Muszę spłaszczyć krzywą wysiłku, przecież zaraz się zacznie. Kątem oka spostrzegam wymijających mnie kolarzy. Jeszcze kilka zakrętów, kilka pchnięć pedałami i... widzę pluton kolarzy maszerujących ze swoimi rowerami pod górę :-). Nieeee, nie wolno ci być jednym z nich - rozkazuje mi budzący się z uśpienia instynkt wojownika! Staję więc na pedałach, wiedząc, że nawet wolna jazda jest szybsza od marszu Rzucam do walki swoje rezerwy tkwiące gdzieś tam w zakamarkach, i na przełożeniu - nie wiedzieć czemu - aż 42 (!)x23 z trudem, wbrew wyobraźni i odporności na wysiłek, zdaję się dokonywać niemożliwego - pokonuję siebie samego. Przecież jak zejdę z roweru, już na niego nie wsiądę i to będzie koniec - myślę. Czuję szalejącą burzę w głowie.

 

Moja świadomość zbliża się do swoich granic, rzeczywistość zamazuje mi się w oczach, nie wiem czy to co słyszę, to szum morza, wiatru, czy para wrzącej krwi z gwizdem lokomotywy wylatuje mi z uszu :-). Istne szaleństwo szarych komórek wysyłających - wbrew woli słabej strony ich właściciela - bezwzględne rozkazy, niczym bicze bezlitośnie smagające mięśnie. Ból zamienia biegnące sekundy w wieczność, a szczyt miast zbliżać się jeszcze bardziej się oddala.

 

i tak z duszą na ramieniu, z sercem w gardle, wypluty do dna, niemalże na czworakach, i prawie podpierając się zębami z prędkością ledwo 6-7 km/godz. (naprawdę trudno przy tej prędkości utrzymać równowagę J ) i HR 182/min. mijałem kolejno spoglądających (może zazdrośnie ?), idących kolegów i błagalnym wzrokiem patrzyłem na miłosiernie zbliżający się wierzchołek. i tak trwając w tej kolarskiej ekstazie, opierając się ogarniającym mnie konwulsjom, szarpany wyrywającymi się spod kontroli skurczami różnych mięśni mojego ciała, resztkami sił trzymając się kierownicy, po raz pierwszy mozolnie wdrapałem się na ten nasz "zakopiański Orlinek".

 

"15 minut" - słyszę na kresce. To chyba jeszcze nie tak źle - myślę sobie i rozpoczynam drugie okrążenie. i znów zjazd, podjazd i tak na zmianę. O ile na podjeździe udało mi się coś nadrobić, o tyle na zjeździe przewagę skutecznie traciłem :-).

 

i tak mijaliśmy się z Wojtkiem Niestępskim, z którym w zeszłym roku razem wpadliśmy na metę pod Nosalem. Jak jechaliśmy w dół, to on mnie wyprzedzał, a jak pod górę, to ja jego. i znów po kilku nawrotach znajomy zakręt i ponowna wspinaczka. Teren coraz bardziej stromy, a szczytu nie widać. Powtórka z historii.

 

Znów "poszłem" w zaparte i na największej stromiźnie broniłem się rękami i nogami, aby z roweru nie spaść. i tak powoli zacząłem "szczytowanie" po raz drugi :-) czując, jak dodatkowe porcje endorfiny zalewają mi mózg doprowadzając do kulminacji mojego wysiłku.

 

Wreszcie po raz drugi przejeżdżam kreskę. Jak wyliczyłem - tylko 15 minut po mnie niczym bolidy F1 finiszują - Robert Nanowski, Krzysiek Matras i Michał Małysza. Odczuwam nieukrywaną ulgę. Jedno z moich założeń zostało osiągnięte. Nie zostałem zdublowany :-). A niewiele brakowało.

 

Nagle spostrzegłem, że peleton mocno się już przerzedził. Koledzy z wyższych kategorii wiekowych po drugim okrążeniu zakończyli już wyścig. Teraz dla mnie rozpoczął się trzeci akt dramatu - samotność długodystansowca. Rozpaczliwie rozglądam się, czy aby nie ma kogoś do towarzystwa, z kim mógłbym kontynuować tę kolarską (nie)dolę. Niestety.

 

Czuję, jak spada motywacja, siła woli zamienia się w niemoc. A za mną już chyba tylko samochód z napisem "Koniec wyścigu" :-). Spokojnie, to tylko zabawa, uspokajam się. Mimo wysiłku średnia tylko 23km/godz. Do końca już tylko jeden podjazd i zjazd do mety. Znów biorę się z tą górą za pas. Teraz na podjeździe jestem już sam. Góra wydaje się być na mnie strasznie zawzięta i nie daje za wygraną.

 

z zawrotną, trudną do utrzymania się na rowerze prędkością :-) wchodzę ostro w wiraż pod te12 % pochylenia i widzę jeszcze jednego kolarza uczepionego na hol do jego własnego roweru :-) . Jak się potem okazało, był nim Krzysiek Koryczan. Serdecznie Cię przy tej okazji pozdrawiam mimo, że nie mieliśmy okazji poznać się bliżej. Na nowo odżyły moje nadzieje, że może i tym razem uda się górkę pokonać. Fala przypływu energii przepchnęła mnie koło zrezygnowanego zawodnika.

 

Parę chwil i niestety, stało się. Padłem i stoję. Nie wytrzymałem wysiłku i się poddałem. Góra mnie pokonała i trzykrotnie zmusiła do zejścia z roweru, aby odpocząć. w krótkim czasie dołączyłem do grona pieszych kolarzy (hm, odrobiłem za cały wyścig, no nie?).

 

Teraz jeszcze tylko formalność - zameldować się na mecie. Nareszcie, mogę przestać pedałować i zacząć się cieszyć z ukończenia wyścigu. Moje założenia, czyli nie dać się zdublować, nie spaść z roweru i... nie być ostatnim :-) zostały zrealizowane.

 

Analiza z zapisu mojego zegarka wykazała, że na trasie wyścigu szosowego igrzysk w sumie podjechaliśmy 1446 m, co w przybliżeniu dałoby podjazd z ronda przy ul. Br Czecha na... Świnicę, a może jeszcze ciut wyżej, a tylko na tym odcinku, który mi sprawił tyle trudności ( 3,5 km) trzeba było pokonać aż 247 m. różnicy poziomów.

 

Serdecznie gratuluję - chyląc przed nimi czoła - Robertowi, Michałowi i Krzyśkowi pierwszej trójki i wszystkim, którym się to udało - ukończenia tego trialu. Maćkowi Jachymiakowi dziękuję za wysiłek, jaki włożył w zorganizowanie nam tej radochy :-), chociaż stopień trudności tej trasy mógłby być nieco mniejszy dla takich górali z nizin, jak ja (i chyba nie tylko) :-). Jest też nie lada sztuką takie zsynchronizowanie się z naturą i "zapewnienie" takiej pięknej pogody na te nasze wspólne dni. A tylko tydzień później na Kasprowym Wierchu leżało już sporo śniegu.

 

Życzę wszystkim wytrwałego treningu i do zobaczenia na szosach Bychawy w 2005 roku.

Andrzej Socha (LGK)