Znowu Polacy w Tour de France PDF Drukuj Email
środa, 25 maja 2005 10:07

Już rok temu w prasie pojawiły się nieprawdziwe doniesienia, że w Wielkiej Pętli nie biorą udziału Polacy. Świadomy ryzyka, jakie niesie ze sobą polemizowanie z dziennikarzami, darowałem sobie sprostowania, a przecież wiadomo, że w zeszłorocznym Etapie Touru brało udział co najmniej trzech krajan.

 

Prawdopodobnie było nas więcej, bo nie przypuszczam, żeby słowo, które oznacza zakręt po włosku padło z ust rodowitego Włocha z taką intonacją. Tyle pasji i zaangażowania w to bardzo u nas uniwersalne słowo mógł włożyć tylko poddany dużemu stresowi Polak.

 

Byliśmy zatem już rok temu we Francji. Od ponad 10 lat jest tam organizowany w trakcie trwania Tour de France w dniu wolnym dla profesjonalistów etap dla amatorów na identycznej trasie i w identycznych warunkach, w jakich po kilku dniach ścigają się zawodowcy i jest to zazwyczaj jeden z cięższych etapów górskich. Biorą w nim udział i początkujący profi i tacy, którzy kończą lub już zakończyli kariery (rok temu jechał Olano i Indurain), startują również osoby znane z innych dziedzin (od lat w pierwszej setce mieści się Prost, startował również Belmondo), można więc powiedzieć, że konkurencja jest doborowa.

Wyścig jest elitarny również z innego względu - rejestracja rozpoczyna się w momencie wydania styczniowego numeru Velo Magasine, a kończy po góra 3 tygodniach z powodu osiągnięcia limitu uczestników, który w zeszłym roku wynosił 7,500 zawodników. Niewielkim mankamentem wyścigu jest podróż, jaką trzeba odbyć na miejsce startu, jest to co najmniej 1500 km, w bywa bliżej 2000, warto również w styczniu rezerwować hotel, bo w marcu nie ma już żadnych miejsc.

 

Przebrnąwszy przez te niewielkie wobec pasji kolarskiej kłopoty dotarliśmy do miejscowości, gdzie miał być start, rok temu było to Pau. Metą było Bayonne, skąd pochodzi powiedzenie o sumach bajońskich. Na największym placu miasteczka zorganizowana była "wioska wyścigu", czyli coś podobnego do tego, co widzi się na maratonach, tyle że znacznie większa i oczywiście głównie szosowa.

 

Zastanawiałem się, jak bezpiecznie wystartować taką masę napalonych amatorów i to tak, żeby połowa nie leżała na najbliższym zakręcie. Oczyma duszy widziałem już stos poplątanych rowerów i kończyn na który wpadają kolejni. Organizatorzy zgrabnie z tego wybrnęli, ustawili startujących we wszystkich uliczkach wokół "wioski" i kolejno grupami puszczali przez linię startu. Sprawiedliwości pilnowały "chipy", które każdy przymocował sobie do prawej (tak zalecano) goleni rozpoczynające liczenie czasu w momencie przekroczenia bramki startowej.

 

Nareszcie ruszyliśmy, zegary zaczęły tykać. Od początku trzeba było się sprężać, bo w programie zawodów przewidziano strefy eliminacji, gdzie kogoś, kto nie zmieścił się w określonej średniej zapraszano do eleganckich autobusów.

 

Pierwsze kilometry były dość płaskie, jechaliśmy spokojnie w granicach 35 km/h blisko siebie, ale wyczuwało się napięcie, kiedy się zacznie. Pierwsze wzniesienie było niewielkie, choć w prawdziwym Tourze na jego szczycie była premia górska III kategorii.

 

Peleton dość gwałtownie zwolnił, miałem dużą ochotę przyspieszyć, zwłaszcza że część zawodników na super rowerkach dość głośno już sapała. W tym momencie na szczęście jeszcze się powstrzymałem, wystarczył rzut oka na licznik, gdzie był dopiero 30 kilometr.

 

Po następnej godzinie przyszedł czas na mały postój związany ze znaczeniem terenu, z jakim żalem patrzyłem na mijające mnie tłumy zawodników, wydawało mi się, że znajdę się na końcu peletonu. Pozbierałem się więc dość szybko i nadrabiałem stracone miejsca (oczywiście zawracanie głowy, ale o tym miałem dowiedzieć się później).

 

Dojechaliśmy do podnóża pierwszego porządnego podjazdu. Nie wiedzieć na razie dlaczego stał tam wóz techniczny Mavica, moją uwagę przykuło również dokładne oznaczenie, ile jeszcze zostało do szczytu. 15 km, co to jest, to nawet bliżej niż z Lusowa do Poznania (moja trasa do pracy). Sprawa wozu Mavica wkrótce się wyjaśniła, ledwo nachylenie zwiększyło się do kilku procent usłyszałem dwa charakterystyczne trzaski i dwóch śmiałków stało z zerwanymi łańcuchami. Nie mogłem się nadziwić, bo jechali na nienajgorszym sprzęcie.

 

Po chwili patrząc na innych zrzuciłem na małą tarczę z przodu, ale ambitnie (mój Boże) z tyłu zostawiłem 14-15 zębów i rozpocząłem spokojną (na razie) pracę pod górę. Po drodze czekała nas niespodzianka w postaci Induraina mielącego na małej tarczy potrójnego obrotu pod górę, nie mogłem sobie odmówić wyprzedzenia go, później zwolniłem i jeszcze raz go wyprzedziłem, żebym mógł spokojnie opowiadać, że wyprzedziłem Induraina dwa razy pod górę. Sam maestro to dość ponury gość, nogi niezgrabne, niewygolone, gdyby mi ktoś nie powiedział, nie przypuszczałbym, że to pięciokrotny zwycięzca Touru.

 

Czas mijał, a liczby na oznaczeniach odległości do szczytu zmniejszały się bardzo leniwie. Pod koniec zacząłem odczuwać ciężkość w nogach i nie wiedzieć dlaczego przyspieszyłem. Na szczycie znajdował się bufet gigant (na długości 150 m) i dotarłem do niego już nieźle uziajany. Menu typowe: banany, batony, pomarańcze, bułki i najgenialniejsza tego dnia dla mnie pozycja - woda chyba Evian albo Vittel, nie chcę kryptoreklamować, z dodatkowym słówkiem Energie. Smakowało to jak woda z cukrem, ale z każdym łykiem czułem, jak powraca mi moc.

 

W strefie bufetu definitywnie pogubiliśmy się, zacząłem więc zjeżdżać sam. Kurteczka oczywiście i ognia. Początkowo nieśmiało, w zakręty wchodziłem delikatnie, a na liczniku 50, 60, 70 km/h. Kiedy zacząłem wyprzedzać większość zjeżdżających ośmieliłem się bardziej. Przy 88 km/h przestałem patrzeć na komputerek i zacząłem się martwić, czy w razie potrzeby uda mi się zwolnić, bo hamulce szosowe sprawiały wrażenie dziecięcego torpeda (w porównaniu do górskich), poza tym po kilkunastosekundowym działaniu zaczynały się tlić.

 

Moje obawy nie przeszkodziły kilku kolarzom wyprzedzić mnie przy prędkości nieco ponad 90 na zakręcie - po prostu lepiej się składali. Wypłaszczenie po wniesieniu nie trwało zbyt długo, nadszedł czas na drugą, moim zdaniem łatwiejszą bo krótszą, wspinaczkę. Stromizna była większa, sięgała 12%, znowu diabeł mnie podkusił i pojechałem ostro wyprzedzając większość jadących. Płaskie po tej górce trwało już bardzo krótko i rozpoczęło się trzecie wzniesienie, dłuższe od poprzedniego, ale krótsze od pierwszego, więc myślałem, że bez problemu dam sobie radę.

 

Teraz już wiem, jak rozpoznawać kłopoty - u podnóża wzniesienia były tabliczki określające drogę jako specjalną trasę rowerową z uwidocznionym dokładnie profilem, nie zdążyłem mu się zresztą dokładnie przyjrzeć. Takie trasy zazwyczaj prezentują się niewinnie i bardzo zachęcająco, tak jak przyszłe żony. Wzniesienie niewielkie, ładnie zalesione, wietrzyk delikatny w plecy, noga podaje, myśl do głowy przychodzi, że nie będzie źle.

 

Po dłuższej chwili, po przejechaniu połowy dystansu w poziomie skończyła się roślinność i pozostały mchy wraz z narastającym nachyleniem i uporczywie powracającą myślą, że bardziej już stromo być nie może. Może. Kiedy zobaczyłem pierwszych piechurów, nie chciałem jeszcze wierzyć, że może mnie to spotkać. Uwierzyłem w momencie podniesienia głowy do góry, kiedy żeby zobaczyć dwie kolejne agrafki poczułem ból w odginanej szyi, a zakręty nie wyglądały na ostatnie. Kadencja spadała, jeszcze przez moment próbowałem walczyć, bo przecież na góralu 6 km/h pod górę się jedzie, ale ostatecznie zabrakło mi siły depnąć w dół i stało się, to znaczy stałem ja.

 

Jakie jest to upokorzenie na szosie, wiadomo. Nie ma wymówki, że tylne koło zerwało przyczepność czy rower postawiło dęba. Po jakiejś chwili wyprzedził mnie współtowarzysz wyjazdu Tomek, który dysponując trzema tarczami z przodu zachował "jeżdżalność" i posuwał się sprawnie do góry. Wskoczyłem (wtaszczyłem się) na rower i próbowałem jechać za nim, niestety sekwencja spadania z roweru powtórzyła się. Żeby zachować resztki godności powiedziałem sobie do trzech razy sztuka i słowa dotrzymałem.

 

Z nosem na wsporniku kierownicy dotarłem wreszcie na górę, gdzie był na szczęście bufet. Napełniłem bak wewnętrzny, dodatkowe zbiorniki w kadłubie, zabrakło mi napędu do zabrania batonów energetycznych (nie chciało mi się przepychać). Wrzuciłem jakąś paczuszkę do kieszonki i rozpocząłem zjazd, po którym ostatnie 50 km do mety było płaskie. Zjazd nie sprawił mi takiej frajdy jak pierwszy, bo byłem już nieźle znękany psychicznie.

 

W połowie kołowania po ostatnim płaskim odcinku poczułem pierwsze objawy spadku mocy. Byłem na tyle zamroczony, że nie pamiętałem, co jeszcze mam w kieszonkach. Majaczyła mi jakaś paczuszka, sięgnąłem więc za siebie i wyciągnąłem torebeczkę z chustką nasączoną środkiem przeciwsłonecznym o faktorze 8 (pamiętam jak dziś). W desperacji zacząłem przeliczać te faktory na kalorie, ostatecznie powinno to być dość tłuste. Naprawdę byłem o krok od zjedzenia, a przynajmniej wyssania chusteczki przeciwsłonecznej, cóż za profesjonalizm (co na to Lance?).

 

Dałem sobie jednak po raz kolejny ostatnią szansę i znalazłem inną paczuszkę, która okazała się rodzynkami, zwykłymi rodzynkami, na które patrzę na ogół z politowaniem i to te właśnie zwykłe, bo nawet bez żadnej polewy, rodzynki pozwoliły mi dojechać do mety. Na kilka kilometrów przed metą przeżyłem jeszcze jeden podniosły moment, kiedy w małej grupce, w jakiej się znalazłem, ostatnia butelka wody krążyła z rąk do rąk i każdy pociągał sobie jednego łyka podając wodę dalej. Na mecie dostałem srebrny medal, to chyba znaczy, że w Tour de France zająłem drugie miejsce, prawda?

 

W tym roku bogatsi o doświadczenia z pierwszego wyjazdu przygotowania rozpoczęliśmy nieco wcześniej. Drużyna, mimo wcześniejszych deklaracji wielu chętnych, ostatecznie składała się z trzech cyklisterów: Daria (to Portos), Tomka (bez wątpienia Aramis) i mnie (został tylko Atos, więc nie muszę tłumaczyć). Etap miał być najdłuższy w historii Etapu, liczył bowiem 238,8 km z Limoges do St. Flour i jak zwykle górski. Z profilu trasy wynikał, że czeka nas kilka mniejszych i jeden solidny podjazd.

 

Ten najcięższy (tak wynikało z opisu) miał 5 km ze średnim nachyleniem 8%. Pomny na przeżycia z roku poprzedniego, kiedy utraciłem zdolność jazdy przy nachyleniu 10% trwającym dłużej niż 3 km, przez moment rozważałem zmianę trybu na 12-27 (miałem 12-25). Ostatecznie stwierdziłem, że po pierwsze nachylenie jest wyraźnie mniejsze a po drugie jestem oczywiście mocniejszy i zostałem przy 25 zębach.

Trzech muszkieterów, od lewej Aramis, w środku Atos,
po prawej Portos
Dojazd na miejsce był jak zwykle uciążliwy, w dwóch etapach pokonaliśmy 1700 km i skorzystaliśmy z usługi "wahadłowca", czyli po dojeździe do St. Flour zostawiliśmy samochód na specjalnie przygotowanym parkingu i autobusem-wahadłowcem z rowerami i bagażem zostaliśmy przewiezieni do miejscowości startu, czyli Limoges.
Dario kontroluje, czy jego pupil Bianchi ma w wahadłowcu dostatecznie wygodnie
Dario kontroluje, czy jego pupil Bianchi ma w wahadłowcu dostatecznie wygodnie Zgodnie z zaleceniami fizjologów w dzień przed startem nawadniałem się dość intensywnie, a jakie to mogło mieć konsekwencje w czasie kilkugodzinnej jazdy autobusem pozostawiam domyślności czytelnika. Dla pogłębienia dramatu dodam, iż kierowca nie mówił inaczej niż po francusku, a ja w tym pięknym języku znam pierwsze zdania Marsylianki, których użycie w tej sytuacji uważałem za niestosowne.
Grupa kierowców francuskich, nieznacznie zmutowanych
Przy pakowaniu rowerów zwróciliśmy uwagę na swojsko wyglądającego gościa, który pieczołowicie składał węglowego Treka. Przyjął od nas kabanosa, podzielił się chlebem a po entuzjastycznym przyjęciu komentarza, że brakuje tylko wódeczki zaczęliśmy zgadywać, jakiej jest narodowości. Okazało się bez jakiejś niespodzianki, że jest Irlandczykiem.
Nasz nowy irlandzki przyjaciel
Wioska wyścigu wyglądała okazale. Wyczuwało się napięcie charakterystyczne dla zawodów mastersów, nie unosiły się jeszcze o dziwo opary Ben-Gaya. Wśród startujących z numerami do 100 było wielu wipów. Belmondo to oczywiście syn aktora. Prost dla przypomnienia młodszym to były wielokrotny mistrz świata F1.
Wjazd do wioski wyścigu
Wymiana ostatnich uwag technicznych
Los Vipos
Po zwiedzeniu towarzyszących stoisk producentów, gdzie rewolucyjnych nowości nie było przystąpiliśmy do tradycyjnego Pasta Party. Jako że Polak potrafi po kilku kolejkach makaronu wypełnieni po zawory bezpieczeństwa ruszyliśmy do hotelu korzystając z mojego nowego nabytku, czyli GPS, który prowadził nas do punktu.
Gigant jak X-Man, z ramy wyrasta mu wspornik siodła
Makaron jak makaron, po francusku z bagietką
Bolesną lekcją nawigacji do punktu było to, iż na kilkaset metrów przed hotelem stanęliśmy przed ogrodzeniem jakiejś fabryki, za którą był hotel, koledzy na szczęście okazali się wyrozumiali i moje urządzenie nadal jest całe. Większość hotelu zajmowali zawodnicy, więc rano spotkaliśmy się na śniadaniu, które w wydaniu francuskim nie wzbudzało zaufania, bo ile można przejechać na bagietce z dżemem?
Pojechaliśmy do naszego sektora w miejscu startu. Po raz kolejny podziwiałem wyrozumiałość mieszkańców miasta startu. Oto stoi siedem i pół tysiąca ludzi, każdy opity wodą, kawą lub innymi symulantami i czeka kilkanaście minut na start. Co się wtedy robi wie każdy, kto kiedykolwiek startował w zawodach rowerowych, wiadomo - "wszyscy to robią, ale każdy chciałby wiele razy" i tak zresztą się działo.
Dario kumuluje Moc (z?), po prawej Darth Biker
Tomek jak zwykle na luzie, obok obaj zawodnicy sprawdzają chyba komputerki?
Czynności powyższe wymagały zdolności sprawnego pokonywania barierek antyurynowych, co nie było wcale łatwe w obuwiu szosowym, ale determinacja była wielka. Nastąpił moment startu i o dziwo już po 15 minutach, mimo iż z ostatniego sektora, przekraczaliśmy bramkę startową. Początek był płaski z drobnymi falami, starając trzymać się razem raczej wyprzedzaliśmy.
W pewnej chwili usiadłem jakiemuś profesjonalnie wyglądającemu młodzieńcowi na kole, jednak po kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że jest trochę za szybko. Na treningu pojechałbym śmiało dalej, ale mając w perspektywie 238 górzystych kilometrów wolałem odpuścić.
Ciekawe, z czym związany był pierwszy postój?
Podjazdy i zjazdy nabierały soczystości, ale nie odczuwałem objawów zmęczenia. Na 80 km był pierwszy bufet. Tym razem postanowiłem korzystać szeroko z każdej możliwości najedzenia się, żeby nie przeżywać ponownie katorgi, jaka była moim udziałem rok wcześniej. Tradycyjnie w momencie jedzenia zgubiliśmy się, jak się później okazało ostatecznie. Nie spiesząc się zjadłem, co tylko było można, odkryciem tego roku były bułki z szynką i serem. Zalałem to wszystko ile weszło energetyczną wodą i ruszyłem dalej.
Było dość tłoczno
Po bufecie zawsze był mały problem z wejściem na obroty. Następnych kilkadziesiąt kilometrów było dość spokojnych. Ze względu na przewidywany brak przełożeń od początku wyścigu jechałem bardzo twardo, z kadencją w granicach 40-50, żeby przyzwyczaić się do największego podjazdu. O dziwo spodobała mi się taka jazda. Kręciłem spokojnie, starając się nie napierać na pedały. Korzyść była taka, że po skończonym podjeździe utrzymując niską kadencję zrzucałem 2-3 koronki w dół i odjeżdżałem współwspinaczom.
Na kolejnym bufecie zgodnie z postanowieniem zatankowałem do kadłuba wodę energetyczną, uzupełniłem nią oba bidony, a w niewiele pozostałego wolnego miejsca upchałem bułki z szynką i serem. Miało to okazać się nieomal zgubne. W okolicach 160 km poczułem się dziwnie. Miałem wrażenie przepełnienia, a moc spadała. Pociągnąłem kolejny wielki łyk wodnej energii, ale uczyniłem to z niesmakiem. To i wielka tęsknota za zwykła rzadką wodą pozwoliły przypuścić, iż przeładowałem się węglowodanami i za chwilę zacznie mi się krew krystalizować.
Po krótkim postoju związanym z próba instalacji przed badaniem antydopingowym ruszyłem dość wolno dalej. Dotoczyłem się jakoś do następnego wodopoju i zgodnie z przewidywaniami po rozrzedzeniu się wodą odzyskałem wigor. Nadszedł decydujący pojazd. Zaczynało się dobrze, to znaczy źle. Znak 5 km do szczytu i łagodniutki zalesiony podjazd. Kiedy minęły tak 3 km wiedziałem, że walka będzie ciężka. Jeszcze próbowałem się przekonać, że napis na asfalcie "następne 2 km 12%" napisał jakiś dowcipniś, ale nic to nie dało i znowu zacząłem zauważać schodzących kolarzy.
Byłem zdeterminowany, żeby się nie poddać. Prędkość spadła do 7 km/h, ale zaprawiony wcześniej w niskiej kadencji jakoś dawałem sobie radę. Podłamał mnie nieco dopiero widok pieszych trójzprzodutarczowców, postanowiłem wówczas chytrze, że zrobię kilka zdjęć.
Już zakosami
I pełen but
Zwiad piechoty górskiej
Po skończeniu zdjęć zabrałem się z niechęcią do roweru. Jeden z kibiców zaofiarował się z pomocą i przytrzymał siodełko. Nie mogąc go zawieść ruszyłem do przodu jak nie przymierzając Virenque i utrzymałem prędkość do pierwszego zakrętu, kiedy mam nadzieję stracił mnie z oczu, wówczas nieco zwolniłem, ale zachowałem jeżdżalność. Przed samym szczytem rozbawiła mnie scenka, jak kolejny kibic pomaga jakiejś młodej zawodniczce, ale popycha ją nie trzymając za siodełko.
Bufet na szczycie oczywiście zaliczyłem i przystąpiłem do, jak sądziłem, ostatniego porządnego zjazdu. Po jednym z pierwszych zakrętów o mało nie przewróciłem się z wrażenia. Na poboczu stał zakopany po osie rower. To musi być jakiś fenomen geologiczny pomyślałem sobie i przystanąłem.
Właściciel nie wyglądał na zmartwionego
Fenomen geologiczny, ciekawe jak on to zrobił (rama jak darkowa)
Po zjeździe, na którym przeganiałem się z miniaturowym, ale odważnym chyba Japończykiem (on szybciej na zakrętach, ja na prostej) do mety pozostało 30 km i to wcale nie płaskich. Sam dojazd do mety był zupełnie płaski i stworzyły się grupy. Jak to u profesjonalistów tempo rosło i pojedynczy zawodnicy próbowali odjeżdżać. Początkowo goniłem za nimi, tak dla satysfakcji, ale dałem sobie spokój, bo jeden po drugim wracali do peletonu.
Przed metą zawziąłem się na jednego, który wcześniej co chwila skakał. Pociągnąłem za nim i o dziwo przed metą stanąłem na pedały i dość piorunująco mu odszedłem (jakieś 50 km/h), uruchomiłem chyba żelazne rezerwy na wypadek ataku atomowego. Na samej mecie nie czułem się wyjechany, w odróżnieniu od dwóch innych, których transportowano na noszach. Mecz się kończy, trzeba machnąć jakieś podsumowanie.
Impreza jest sprawnie przeprowadzona, wszystkie obietnice zostały dotrzymane, choć organizatorzy nie emanują agresywną opiekuńczością i dużo trzeba zrobić we własnym zakresie. Sam wyścig jest bezpieczny i może startować każdy, kto jeździł kiedykolwiek na szosówce, choć przestrzegam przed nadmiernym zaufaniem we własne siły. Nie ma w Polsce tak stromych i jednocześnie długich podjazdów. Oby noga zawsze podawała.
Wojtek J.