Nasi na połówce Iron Mena, 11.06.2005 r. Pilman, Czechy PDF Drukuj Email
środa, 15 czerwca 2005 10:33

Marzeniem każdego triathlety jest zostać "Iron Manem". Nie czuję się jeszcze ani na siłach zmierzyć z dystansem klasycznym, ani nań jeszcze nie zasłużyłem, poczułem natomiast, że przyszedł czas na połówkę. Szczęśliwie, wśród zaprzyjaźnionych traithletów i triathletek znalazło się kilka osób, którym także przyszła na to ochota i tak umówiliśmy się, że w czerwcu wybieramy się do Zdaru nad Sazavou, niedaleko Brna w Czechach na zawody z cyklu pucharu Czech na długim dystansie. Plany zorganizowania takich zawodów w Polsce na razie ograniczyły się do sprintu w Olsztynie, ale mamy nadzieję, że za rok … Paweł załatwił noclegi, ja rejestrację.

 

Na miejsce przyjechaliśmy w piątek, 9 czerwca. Nasz team tworzyli: Ola i Sergiusz z Olsztyna, Bartek z Włocławka, Paweł i Jurek z Warszawy, znana wszystkim Agnieszka z Norymbergi, znany wszystkim Lucek z Frydmana i autor tych słów z Katowic. Było z nami też kilku kibiców w wieku od lat 2 do... Wieczorem pierwszego dnia pojechaliśmy na miejsce startu odebrać pakiet startowy i poczuć wodę, w której przyszło nam dzień później pływać. I tu pierwszy szok - woda była "ice cold" - 14stC. Pogoda zresztą w ogóle była "taka sobie" - troszkę się słonko przebijało, ale było zimno i na dodatek bardzo wietrznie. "Nic, oby tylko nie padało" - myśleliśmy. Jeszcze mała przebieżka i kolacja, bo jutro jedno z największych wyzwań w moim dotychczasowym życiu (w pewnym oczywiście sensie).

 

W dniu startu było chłodno, ale na szczęście nie padało. Ze względu jednak na zimną wodę, organizatorzy zdecydowali skrócić dystans pływacki o połowę, czyli do 950m. "Dobrze" - pomyślałem, bo pływakiem jestem słabym. Zimnej wody bardzo nie lubię, ale chyba emocje związane ze startem spowodowały, że nie czułem ani trochę zimna w stopy czy głowę. Mój czas, ok. 19min, to jak na mnie nie źle. Szybka zmiana, zrzucam piankę, zakładam dwie koszulki, rękawki, kask i na rower. Do przejechania mieliśmy trzy pętle z dojazdem do pierwszej i potem dojazdem do T2. Trasa była bardzo ładna, malownicza, częściowo w lesie. Szczerze jednak spodziewałem się po Czechach nieco lepszej nawierzchni. Było też kilka miejsc, nienajlepiej muszę przyznać zabezpieczonych, gdzie trzeba było bardzo uważać, by albo się nie przewrócić (szuter), albo nie zderzyć z nadjeżdżającym pojazdem (zła widoczność za zakrętem).

 

Moja średnia ok. 30km/h - słabo L - muszę więcej trenować na "kopcowitych" drogach. Na koniec został nam bieg, którego dystans jak się nazajutrz okazało wyniósł więcej niż przepisowe 21.1km (ponoć było ok. 23km), ładną ścieżką spacerową nad brzegiem Sazawy, cztery razy między ryneczkiem i punktem zwrotnym. I tu niestety, choć bieganie jest moją najmocniejszą w triathlonie stroną, wyszedł na jaw mój brak doświadczenia i (na pewno) niedostatki w treningu. Mało, że był to mój najwolniejszy półmaraton w życiu (>2h), to jeszcze całkiem spory kawałek musiałem przejść. I nie był to problem braku silnej woli, po prostu się nie dało. Przebiegłem 300m i znowu, koniec paliwa. Dopiero banany mnie uratowały i w całkiem niezłej już formie pokonałem ostatnie 5km. Niestety nie udało mi się utrzymać przewagi, jaka miałem przed biegiem nad Agnieszką i Luckiem.

 

Jakieś 100m przed metą czekał już na mnie mój pięcioletni synek Mikołaj. I do mety dobiegliśmy razem, trzymając się za ręce. Dopiero potem na zdjęciu zobaczyłem radość na jego buzi, która chyba wielkrotnie przekraczała moją. Hm, nie miałbym nic przeciwko, gdyby on kontynuował kiedyś pasję tatusia. Może kiedyś to on pociągnie mnie ze sobą do mety na swoim pierwszym długim dystansie. No, ale mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas junior nie da tacie rady.

 

I nagle, co to? Już koniec? 5godz. 38min. A ja czuję się przecież całkiem nieźle. Mógłbym jeszcze. Przecież po maratonie czułem się znacznie bardziej zmęczony. Trzeba to będzie koniecznie powtórzyć. Długi dystans to jest to. Czymże jest "olimpijka"? Wszak po 2godz.30min. (mój realny czas na dystansie olimpijskim) byłem dopiero po dwóch pętlach na rowerze. Jakże jestem dumny, że dałem radę ten dystans ukończyć. Wszak triathlonem tak naprawdę bawię się dopiero drugi sezon. Cieszę się, że jestem zdrowy, silny i na tyle wytrwały, by poświęcić trochę czasu na trening i że mogę uprawiać tę najwspanialszą dyscyplinę sportu.

 

Myślałem ostatnio nad tym, co w triathlonie sprawia mi największą radość. I wiecie, chyba są to zmiany, kiedy wybiegam z wody, i już w biegu zdejmuję z siebie mokrą piankę, albo potem oddaję rower porządkowym i biegiem podążam zmienić buty by wyruszyć dalej na trasę biegową, a zewsząd dochodzą mych uszu oklaski kibiców, słowa zachęty i okrzyki podziwu. I chociażbym był ostatnim łamagą (a jestem takim mniej więcej środkowym łamagą), to w tych momentach czuję się jak bohater, prawie jak na igrzyskach olimpijskich. I troche mi nawet głupio, że się nie zatrzymam i nie pomacham z uśmiechem do kibiców, którzy mi tak klaszczą, a ja nawet ich twarzy nie widzę, tak jestem skoncentrowany. Na koniec dziękuję właśnie wszystkim kibicom, szczególnie może mojej rodzinie, która była tam ze mną oraz wszystkim koleżankom i kolegom, z którymi miałem okazję się w Czechach spotkać i pościgać. Mam nadzieję, że w tym samym składzie (a może ktoś jeszcze do nas dołączy) wybierzemy się jeszcze na niejedne zawody.

Roman Mrozek